|
|
2009-02-26
Stolica!
|
Delikatny promień słońca uniósł moje powieki ponad wstęgi snów i marzeń… Głowa wciąż spoczywała na ramieniu Marka. Upajałam się zapachem jego granatowego swetra, jego dłoń opadła bezwładnie z mojego ramienia. To go przebudziło.
-Dzień dobry kochanie-uwielbiałam, kiedy tak mówił całując mnie w czoło. Budził tym samym małą figlarną dziewczynkę, całkowicie oddaną swojemu panu i władcy.
Chłopaki też już rozciągali zdrętwiałe mięśnie. Niedługo mieliśmy znaleźć się na dworcu. Trzeba było jakoś zebrać cały bagaż i wytargać go z pociągu. Oprócz wyprawki, mieliśmy ze sobą ostatecznie cały sprzęt do pokazu. Nie było to bardzo ciężkie, ale nieporęczne i zajmowało sporo miejsca.
Mieliśmy do dyspozycji dwa pokoje dwuosobowe.
-To my weźmiemy ten! -zadeklarowali się z przesadną gorliwością Paweł i Mateusz
-W takim razie dla nas został ten naprzeciwko-uśmiech Marka wydawał mi się za szeroki…
-Rozpakujmy się, ten facet na dole powiedział, że za pół godziny będziemy mogli zejść coś zjeść
|
|
Komentarzy:
12
|
|
2009-02-24
Ciąg dalszy nastapił:)
|
Wybaczcie, w ostatniej chwili wysypał mi się komputer, odtąd postaram się regularnie uzupełniać tę historię. Oto ciąg dalszy:
Ostatni wieczór wiele mnie nauczył. Byłam zła na cały świat za to, że straciłam rodziców, tymczasem obok mnie żyła osoba, która straciła o wiele więcej. Czułam się winna, że tak późno odwzajemniłam starania cioci o zdobycie ze mną kontaktu, nie potrafiłam dostrzec jej usilnego pragnienia miłości…
Ciocia miała kiedyś męża. Wzięli cichy ślub w małym drewnianym kościółku. Historia jak z bajki, ale bez „happy and’u”. Mój wuj miał drugą miłość-konie. Niestety to uczucie pozbawiło go życia. Spadł z konia podczas wyścigu. Ciocia nigdy się nie pozbierała, na zawsze zachowała w pamięci obraz ginącego męża.
W szkole rzuciłam się w ramiona Marka. Był zaskoczony tym nagłym przypływem czułości z mojej strony. Nie mogłam mu powtórzyć słów cioci, kazałam tylko zapewnić, że nigdy, przenigdy mnie nie opuści!
***
Przyszedł czas kolejnego występu, tym razem rzeczywistego, za prawdziwe pieniądze. Dostaliśmy zaproszenie z samej stolicy. Zastanawiałam się, czy ciocia puści mnie na całe 3 dni tylko z chłopakami do dużego miasta. Rozmowa była długa i trudna, ale udało mi się ją przekonać. W końcu ufała zarówno mi, jak i mojej wspaniałej drużynie.
Planowaliśmy przespać całą drogę pociągiem, ale przy naszych temperamentach nic z tego nie wyszło. Ciekawe jak nam pójdzie pokaz…

|
|
Komentarzy:
1
|
|
2009-02-11
Już wkrótce...:P
|
Jutro pojawi się wpis :) |
|
Komentarzy:
3
|
|
2008-12-07
Zabite wspomnienia...
|
Było mi trudno uwierzyć w koniec wakacji. Czułam jakby ktoś na dwa miesiące oderwał mnie od ziemi. Przez cały ten czas fruwałam w obłokach szczęśliwa i beztroska.
Szkoła sprowadziła mnie na ziemię. Na samym starcie przytłoczył mnie ogrom obowiązków i prac domowych. W końcu następny rok oznaczał widmo matury i ponownego wyboru szkoły.
Siedząc przy biurku trudno było mi skupić myśli. Ciągle wybiegałam wzrokiem za okno. Świat był taki cudowny, słonce tak wesolutko uśmiechało się przez firanki… Czy to możliwe, teraz zabraknie mi czasu na treningi i spotkania z Markiem? Nie chciałam do tego dopuścić, ale nie na wszystko miałam wpływ.
Marka w tym roku czekała matura, miał jeszcze więcej pracy niż ja, a mimo to wpadał do mnie najczęściej jak mógł.
Cieszyło mnie, że zaskarbił sobie serce cioci. Czasami spędzaliśmy czas we trójkę. Mieszkałam z nią od tak dawna, a chyba dopiero teraz zaczęłam ja poznawać. Przestałam myśleć o niej jak o gburliwej ślicznotce. Była sympatyczna, wesoła, a czas jakby w ogóle jej nie dotyczył. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak naprawdę nigdy nie wyszła za mąż. W ciągu tych całych pięciu lat nigdy nie widziałam jej u boku mężczyzny…
Tego dnia długo nie mogłam zasnąć. Ubrałam szlafroczek i zeszłam na dół do pokoju dziennego. Ciocia siedziała przed telewizorem, popijając coś ze szklanki. Usiadłam obok niej na kanapie podwijając nogi. Patrzyłam jak światło ekranu oświetla jej twarz. Jak to możliwe, że siostra takiego niedźwiedzia jak mój ojciec mogła być tak piękna?
-Ciociu, ile ty w sumie masz lat?
Ciocia spojrzała na mnie zdziwiona.
-Skąd to pytanie?
-Zastanawiałam się, jak to się stało, że tak młoda i śliczna osoba nigdy nie przyprowadziła do domu potencjalnego wujka.-sama siebie rozbawiłam tym pytaniem. Czułam się jak pięciolatka wtrącająca swoje trzy grosze w sprawy dorosłych, jednak mój uśmiech znikł z twarzy równie szybko jak się pojawił.
Oczy cioci nabrały niezwykle smutnego blasku. Widziałam w nich ból wspomnień i odebranych marzeń.
-Co się stało ciociu?
Nie patrzyła już w moją stronę. Spoglądała na ekran niewidzącym wzrokiem, jakby chciała zatrzeć, to, co tak mocno ja ugodziło.
Milczałam, czułam, że weszłam na niepewną ścieżkę. Wtuliłam głowę w ramię mojej opiekunki. Jej ramiona przyciągnęły mnie do siebie. Płakała, a ja wciąż milczałam. Wiedziałam, że tak jest dobrze…

|
|
Komentarzy:
8
|
|
2008-12-04
Z ogniem igrając...
|
Nieubłagalnie zbliżał się wrzesień… Po raz pierwszy nie chciało mi się wracać do szkoły. Te wakacje były naprawdę cudowne. Ostatni tydzień sierpnia okazał się dla mnie i dla chłopaków jednym z najbardziej zaskakujących okresów w życiu. Dostaliśmy propozycję wystąpienia na placu domu kultury z naszą trupą ognia. Wyczerpujące ćwiczenia się opłaciły.
Przygotowania trwały cały dzień, nie mogłam zdecydować się na odpowiedni kostium. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi, kiedy otworzyłam w mych ramionach wylądował przepiękny bukiet kwiatów, a usta rozgrzał namiętny pocałunek darczyńcy.
-Witaj…
Zaprowadziłam marka na górę. Chciałam, by ocenił stroje. Jedyną jego pomocą było zdanie „we wszystkim ci ślicznie”. Ech, ci mężczyźni… Widziałam w lustrze jego wzrok, nagle poczułam w sercu mały niepokój. W jego oczach dostrzegłam coś, czego wcześniej nie potrafiłam odczytać: pożądanie…
Pokaz zaczynał się dość późno, bo musieliśmy poczekać, aż się ściemni. Wokół miejsca, gdzie miał odbyć się pokaz ułożyliśmy łuk z czerwonych, maleńkich świeczek.
Mateusz włączył muzykę. Ja i Marek zaczynaliśmy pierwsi.
Trzymając w rękach płonące wachlarze, przykucnęłam pochylając twarz. Powolutku, jak płonący anioł wynurzyłam się z tej postawy. Gwałtowny ruch ręką, potem drogi. Wzrok wędrujący za ogniem… Byłam w swoim żywiole. Moje ramiona chodziły w górę i w dół, jakbym nie mogła odbić się od ziemi. Na karku czułam oddech Marka. Opuściłam wachlarze, zapalając dyskretnie jego poi. Rozbiegliśmy się, stając naprzeciw siebie. Z naszych ciał wydobywała się energia. Poi Marka nabierały szybkości, ja także wydobywałam ze swoich nadgarstków ile się dało. Muzyka napędzała naszą pasję. Oczy mojego partnera wydawały się płonąć zupełnie jak ogniste kule, którymi władał. Rozpędziłam biegnąc w jego stronę. Gorejące skrzydła wzbiły mnie wreszcie w powietrze. Obejmując go nogami w pasie odchyliłam się do tyłu, wyciągając przed siebie wachlarze i błądząc nimi w powietrzu. Moje uszy mimo głośnej muzyki wychwyciły świst tnących powietrze poi. Uniosłam się tak, że niemal utopiłam się we wzroku Marka , moje ręce skrępowały jego szyje tworząc za jego głową płonącą, skrzydlatą koronę. Po chwili znów byłam na ziemi. Uciekłam dyskretnie do tyłu, tymczasem Marek robił solówkę. Zapaliłam dwa kije. Wróciłam na scenę. Rzuciłam jeden mojemu Partnerowi. Paweł zabrał od Marka gasnące poi.
Zwróciliśmy się twarzami do publiczności i zaczęliśmy kręcić. Potem trzymając oburącz kije pobiegliśmy w swoją stronę i jakby atakując się nawzajem minęliśmy się zamieniając się miejscami. Teraz kręciliśmy przodem do siebie. Synchronizując ruchy padliśmy na kolana i przechylaliśmy się w tył. Po wstaniu podeszliśmy do siebie plecami, nasze ruchy powoli się uspokajały, aż zastygliśmy. Nastała cisza…
Nagle głośne bicie rozochoconego serca przerwały gromkie oklaski. Ukłoniliśmy się, Marek uśmiechnął się do mnie szeroko. To był prawdziwy sukces. Z tego szczęścia rzuciłam mu się na szyje i ukradłam pocałunek.
Postać na zdjęciu nie jest bohaterem opowiadania.
|
|
Komentarzy:
1
|
|
2008-11-18
Chciałabym ci coś powiedzieć, ale Ciebie nie ma...
|
Ciocia wróciła, nim zdążyliśmy się położyć. Bawiliśmy się wyśmienicie. Pochłonęliśmy całe mnóstwo kiełbasek, czasami zastanawiam się, gdzie tych troje chudzielców to wszystko mieści.
Leżac już w łóżkach długo rozmawialiśmy. Staraliśmy się zachowywać cicho, by nie przeszkadzać cioci, ale trudno było nam poskromić własne temperamenty. Chłopcy namiętnie wspominali wypadek Marka.
Potem wszystko ucichło, sen jednak nie przychodził. Spojrzałam na biurko, gdzie stał oprawiony portret rodziców. Serce ścisnęła nagła tęsknota. Tak mocno brakowało ich w moim życiu. Czy ciocia kiedykolwiek zrozumie mnie tak, jak mama? Jej uśmiech, zapach ciasta we włosach… Pragnęłam podzielić się z nią moim szczęściem.
Nagły impuls kazał mi postawić bose stopy na podłodze i pognać cichym truchtem na balkon. Po drodze zabrałam ramkę ze zdjęciem. Łzy, jak małe diamenty przyozdobiły postacie rodziców. Pierwszy raz spojrzałam także na tatę. Los nie dał mu nawet czasu, by się zmienił. W gruncie rzeczy nie był taki zły, po prostu go przy mnie nie było… A teraz? Już od 4 lat nie mam nikogo, nawet mamy, która zawsze potrafiła go usprawiedliwić.
Zauważyłam kontem oka, ze firanka osłaniająca drzwi nieco drgnęła. Przestraszyłam się, ale to było chyba tylko złudzenie.
Mamo… Gdzie jesteś?
Raz jeszcze spojrzałam na gwiazdy i wróciłam do pokoju.
|
|
Komentarzy:
5
|
|
2008-11-12
Wreszcie szczęśliwa!
|
Stając w progu z naręczem przygotowanych kiełbasek starałam się nie patrzeć w stronę Mateusza. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, nigdy tak się nie czułam. Serce łomotało, myśli rozbijały się w głowie jak w maszynie losującej.
Po co to wszystko? Było tak dobrze… Ich trójka i ja- niezależna, jedyna w swoim rodzaju. Kim byłam teraz w oczach Mateusza? Kim jestem dla Marka?
Tak wiele zmieniło się w tym krótkim czasie. Nie chciałam, by widzieli moją twarz. Bałam się tego, co można było z niej wyczytać. Nie wiedziałam nawet, czy Marek wrócił. Zajęłam się doprawianiem kiełbasek.
Przecież to głupie, czy kiedykolwiek tak bardzo zależało mi na czyjejkolwiek akceptacji? Po co te naiwne pytania, myśli? To sprawa moja i Marka, to, co jest miedzy nami jest wyłącznie nasze!
Rozłożyłam upieczoną wędlinę na tacy. Odwróciłam się, a przede mną stał bohater moich rozmyślań.
-Pomogę ci.
Muskając delikatnie moje dłonie, uwolnił mnie od tacy. W jego oczach dojrzałam pytanie. Kątem oka wykryłam szeroki uśmiech Mateusza. Puścił mi oczko, jakby na zachętę. Moją twarz oblał tradycyjny rumieniec. Marek pochylił się w moją stronę.
Chyba tylko Paweł był szczerze zaskoczony naszym pocałunkiem.
-Uważaj!
Wszystkie kiełbaski wylądowały na trawie, a koszulę winowajcy przyozdobił mało pożądany wzorek z tłuszczu.
Tylko Wyciorek radośnie merdał ogonkiem, oczyszczając trawnik ze smakołyków.
|
|
Komentarzy:
2
|
|
2008-11-10
Grill c.d.
|
Pogoda była cudowna, choć trochę chłodna. Chłopcy rozpalili grilla, a ja pobiegłam do domu przygotować kiełbaski.
Stojąc nad kuchennym blatem usłyszałam delikatny odgłos zamykanych drzwi. Radosny gwar z zewnątrz ucichł. Poczułam na plecach zbliżające się do mnie ciepło i dłoń sunącą od ramienia po mojej ręce. Z zaskoczenia wypuściłam nóż z ręki.
-Spokojnie…
Kolana mi zmiękły. Marek brodził twarzą w moich włosach. Druga ręka objęła mój brzuch.
-Co robisz?
Obróciwszy się gwałtownie, znalazłam się frontem do jego twarzy. Wzrok miał dziwny. Żółte obwódki wokół jego źrenic płonęły. Nie rozumiałam tego, serce biło mi jak oszalałe. Przyśpieszało, jak tętent ruszającego pociągu. Mózg dymił mi od nadmiaru myśli. Jego oddech rozchylał dziwną mocą moje usta. Jego ciało ogarniało moją postać. Byłam bezsilna…
-Spokojnie.
Tym słowem zwilżył moje zesztywniałe wargi. Spojrzał na mnie i pocałował raz jeszcze, tym razem doczekał się wzajemności. Moje ciało było jak w transie. Świat wirował. Cała drżałam. Czułam się jak mała kruszynka skryta w jego ramionach. Oderwałam od niego usta i wtuliłam mocno w jego pierś.
W tym samym czasie do kuchni wszedł także Mateusz. Dostrzegłszy go kontem oka, szybko wycofałam się z bezpiecznego uścisku. Spojrzał na nas i wyszedł. Miałam zwieszoną głowę, czułam się winna, ale jeszcze nie wiedziałam tylko, dlaczego...
|
|
Komentarzy:
2
|
|
2008-10-17
|
Awaria neta, wracam najbliżej za 2 tygodnie...:( |
|
Komentarzy:
1
|
|
2008-08-09
Grill
|
Sobotni poranek okazał się dość ciepły, wakacje znów zbliżały się olbrzymimi krokami. Nie mogłam otrząsnąć się z podziwu dla umykającego czasu. Czekał mnie cudowny weekend wypełniony wariactwami moich koleżków. Ciocia przyzwyczaiła się do moich wypadów z przyjaciółmi. Nigdy ich w prawdzie dotąd nie przyprowadzałam do domu, dlatego zaskoczyła mnie kiedy zaproponowała, by spali u mnie. Miała to być nagroda za dobre wyniki w nauce. Mieliśmy wolny pokój, którego ciotka nie używała od lat, dawniej sypiali w nim moi rodzice, kiedy przyjeżdżaliśmy na święta. Stwierdziłam jednak, że przeniesiemy łóżka, bo będzie nam o wiele weselej razem. O dziwo ciocia nie stawiała oporów. Narzekała jedynie na to, że będzie dużo zamieszania, ale w duchu czułam, że to tylko dla tradycji. Ciocia zdziwiła się, widząc w drzwiach 3 chłopięce sylwetki, zapewne spodziewała się grupki dziewcząt. Spostrzegłszy minę opiekunki zrozumiałam, że trzeba działać od razu, nim zdąży odkręcić pomysł z przenoszeniem posłań. -Witajcie, będziemy spać wszyscy w moim pokoju, Paweł, wziąłeś gitarę? Obiecujemy ciociu, że będziemy grać tylko na dworze…
Dość szybko ulotniłam się, udając, że muszę pilnie po cos wejść na górę, kiedy wróciłam ciocia była już opanowana, a moi koledzy siedząc obok siebie pewnie zastanawiali się, jak szybko do mnie dołączyć. Przynieśli ciasto, wątpię, by którykolwiek z nich próbował je upiec, na pewno to dzieło którejś z mam. Tęskniłam za wspólnym pieczeniem z moją mamusią. Było przy tym wiele radości, ciocia nigdy nie piekła, najwyżej kupowała coś wracając z pracy. Smak domowego ciasta nagle przypomniał mi spotkania z Marcinem. Jego mama zawsze częstowała mnie drożdżówką… Odłożyłam nadgryziony kawałek na talerz i próbując odpędzić czarne chmury uśmiechnęłam się. Jakoś przypadkiem popatrzyłam wówczas na Marka, odwzajemnił uśmiech, a ja oblałam się niekontrolowanym rumieńcem. Cała zabawa rozpoczęła się od popołudniowego grilla, akurat w momencie, kiedy ciocia wyruszyła do pracy. Mieliśmy więc dla siebie mnóstwo czasu i swobody.
c.d.n. |
|
Komentarzy:
7
|
|
2008-07-28
Na cmentarzu...
|
Tego dnia byłam na cmentarzu. Po raz pierwszy od dawna odwiedziłam to miejsce samotnie. Zwykle towarzyszyła mi ciocia. Nie lubiłam tu przychodzić, niepotrzebnie wspominać. Uczucie bezsilności wobec tego, co się wydarzyło ogarniało mnie złością przechodzącą w żal i melancholię. Jeszcze zbyt mocno tęskniłam. Każdorazowo zastanawiałam się, jak można odwrócić czas. Nienawidziłam pocieszającej dłoni ciotki, która częstokroć lądowała na moim ramieniu. Nie jej dotyku pragnęłam. To była jedynie namiastka ciepła jakim obdarzała mnie mama… Siedząc na wilgotnej trawie gładziłam grafitową płytę i wpatrywałam się w jej czarnobiałe zdjęcie. Pamiętam dzień pogrzebu, wówczas ma ręka gładziła zimną jak lód jej martwa dłoń. Nie mogę pozbyć się tego wspomnienia. To było tak niepodobne do jej zwykłego ciepła, płomiennych włosów i blasku zielonych oczu. Czasami, gdy spoglądam w lustro, próbuję odnaleźć we własnych źrenicach jej ślad, ale to tylko złudzenia… Przytuliłam twarz do zimnego kamienia. Może mnie jeszcze poczuje przez te warstwy ziemi? Potrzebowałam jej rady, a jej jak przez ostatnie 4 lata nie było przy mnie. Tak bardzo bałam się kochać. Nie chciałam ich zapomnieć, a szczególnie mamy. Bałam się, że jeśli zapuka do mych drzwi szczęście odejdzie to, co jest tylko wspomnieniem. Odchodząc położyłam na grobie mały biały kwiatek, który zerwałam w miejscu, gdzie spotykaliśmy się z Markiem, Pawłem i Mateuszem. Ułożył się między rodzicami, jakby spał na pościeli między dwojgiem małżonków…
|
|
Komentarzy:
5
|
|
2008-07-15
Poranek...
|
Nad ranem obudziłam się już w namiocie. Chyba mnie tam zaniesiono, bo nie pamiętam, bym dotarła tu o własnych siłach. Odwróciwszy głowę na bok napotkałam roześmiany wzrok Marka. W pierwszym odruchu pragnęłam zerwać się spod śpiwora, ale ten uśmiech sprawił, że w moim sercu rozlało się takie przyjemne ciepło… -Dzień dobry, wyspałaś się? -Tak Nagle ktoś zaczął gramolić się niezgrabnie do namiotu, zmuszona byłam oderwać wzrok od tej pary słoneczników. To Mateusz wpadł po zapalniczkę, by na nowo rozniecić ogień, ale zamek od namiotu nieco się zacinał. Spojrzał na nas z lekkim zażenowaniem, po czym ulotnił się z poszukiwanym przedmiocikiem w dłoni. Marek wyszedł zaraz za nim, by pomóc. Wyciągnęłam ręce jak najwyżej, by rozprostować rozpieszczone chłodem ciało. W głowie panował przyjemny szum. Czułam się taka radosna i pełna energii, jak nigdy dotąd. Nieco roztrzęsiona z zimna, ubrałam bluzę i dołączyłam do męskiego grona. Ognisko już płonęło. Usiadłam obok Pawła i wyciągnąwszy jedną kiełbaskę z opakowania nabiłam ją na zaostrzoną gałązkę. -Co jest między tobą a Markiem? Byłam zaskoczona pytaniem Pawła. -Nie wiem… W tym momencie podszedł do nas Marek i usadowiwszy się przy mnie wykonał te same czynności. Mój wzrok uparcie wbił się w rozdygotane języki bladego ognia. Odpłynęła radość, do drzwi zapukała niepewność…
|
|
Komentarzy:
5
|
|
2008-07-14
Piękny dzień...
|
Przez kolejne weekendy ciągle spotykałam się z chłopakami w tym coraz bardziej ukochanym przeze mnie miejscu. Marek pokazywał mi kolejne możliwości kija stojąc za mną i koordynując me ruchy. Wolałam nauczyć się typowej walki kijem. Kiedyś dla lepszego efektu zawinęłam końcówki jakąś szmatą i drutem i polawszy odrobiną podpałki do grilla zapaliłam. Zaczęłam niemal z nim tańczyć, podrzucać i wykonywać ruchy, których nauczył mnie przyjaciel. Czułam się cudownie otoczona drobnymi płomieniami. Zamknęłam oczy i poddałam się cichutkiej muzyce sączącej się z maleńkich słuchawek. Podniósłszy powieki napotkałam spojrzenia całej męskiej trójki i od razu zarumieniłam się z wrażenia. Byli zachwyceni tym, co robię. Przystanęłam niepewna, jak powinnam zareagować. Nagle Marek rzucił się w moją stronę. Przewróciłam się z zaskoczenia, a on niemal na mnie. Okazało się, ze podpaliłam sobie koniec długiej spódnicy. Na szczęście sytuacja została w porę opanowana, a mój ukochany ciuszek jeszcze trochę mi posłuży. -Nic ci się nie stało? Dopiero teraz zauważyłam, że jego oczy przypominają mi parę otoczonych błękitem słoneczników… Tego dnia zabraliśmy ze sobą namioty, pragnęliśmy skorzystać z pierwszych darów ciepła, jakie przywiodła ze sobą młoda wiosna. Siedząc wieczorem przy ognisku, zawinięta w puchaty kocyk ułożyłam ze zmęczenia głowę na ramieniu Marka i chyba usnęłam. Coś wilgotnego i ciepłego dotknęło mego czoła, a nieco fałszywe wersy szantów ukołysały coraz spokojniejsze myśli. To był piękny weekend.
 |
|
Komentarzy:
2
|
|
2008-06-20
Nauka...
|
Ciocia była zaskoczona, że sobotni poranek spędzałam w łazience pośród ciuszków i kosmetyków. Po raz pierwszy odkąd pamiętam zapytała mnie, gdzie się wybieram. Odpowiedziałam szczerze, że jadę do miasta spotkać się z przyjaciółmi. Przestałam czuć potrzebę ukrywania przed nią czegokolwiek. Takie zachowanie straciło dla mnie sens. Z uśmiechem na twarzy musnęłam ciotunię delikatnie w policzek, zostawiając na nim błyszczący ślad pomadki. Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem, ale także się uśmiechnęła. Radował ją pewnie fakt, że nie jestem już najeżoną samotnicą, ale zaczynam zachowywać się jak każda zwyczajna dziewczyna w moim wieku. Zapytała nawet, czy nie potrzebuję jakiś drobnych… Miałam pieniądze. Niewiele wydawałam z cotygodniowego kieszonkowego, nigdzie nie bywałam, zakupy także robiłam nieczęsto. Jedyny mój wydatek ostatnimi czasy stanowiły fajki, ale paląc jedynie w szkole nie miałam szans przepuścić całej kasy z dymem. Miejsce okazało się naprawdę cudowne. Były to jakieś stare opuszczone budynki, które po części na kolana rzucił czas i kapryśna pogoda. Dotykając wyniszczonych murów poczułam dreszcz podniecenia. Czułam, że znalazłam się na właściwym miejscu, uwielbiałam taką atmosferę. Zastanawiała mnie historia tego miejsca, ludzie, którzy się przez nie przewinęli. Chłopcy pokazali mi miejsce, gdzie zwykle rozpalali ognisko. Ponieważ pogoda była niepewna i zanosiło się na deszcz, a nie było tu żadnego zadaszenia zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Z tego, co pamiętałam z ich rozmów spotykali się tu, by trenować jakieś dziwne sztuki walki. Paweł zaproponował, bym przyjrzała się ich poczynaniom i jeśli zechcę także spróbuję. Cieszyło mnie, że mają mnie za równą sobie, mimo że jestem dziewczyną. Założyli kaski motocyklowe, chwycili za jakieś kije i przypominające średniowieczne tarcze kawałki drewna. Patrzyłam jak Paweł zgrabnie blokuje natarcia Mateusza. Pomimo jego niskiego wzrostu był od niego o wiele lepszy. Marek przyglądał się im z boku analizując każdy ruch. Zbliżając mnie do siebie objaśniał pewne techniczne sprawy. Widocznie nauka już się rozpoczęła. Poczekał aż chłopaki skończą i zapytał mnie, czy chcę któregoś z nich zastąpić. Zabrałam kask od Mateusza i stanęłam naprzeciwko Pawła. Pierwsza lekcja była bezinwazyjna. Pokazali mi jedynie jak blokować poszczególne ciosy. Ponoć dobrze mi szło… Do domu wróciłam późno zmęczona. O mało nie uciekł mi ostatni autobus. Ciocia jeszcze nie spała. Rzuciłam krótko, że impreza była wyśmienita i zniknąwszy w pokoju rozpłynęłam się w błogim śnie.
 |
|
Komentarzy:
8
|
|
2008-06-19
Coś na nowo zbudować...
|
Po wakacjach pozostał jedynie mglisty ślad wspomnień, których i tak nie chciałam zachować. Na cóż mi myśli o utraconej przyjaźni i zastanawianie się nad sensem poprzedniego roku. Wolałam zakopać wszystko pod gruzami złości i rozczarowania, a czas liceum rozpocząć z czystą kartą. Bolało mnie porzucenie zajęć teatralnych, były dla mnie czymś doskonałym, prawdziwym oderwaniem, a nie tylko rozproszonym dymem, jaki stanowił mój wyobcowany świat. Pragnęłam czegoś namacalnego, co nie znika przy pierwszym podmuchu… W szkole spędzałam pauzy w towarzystwie drugoklasistów, nie polubiłam swojej klasy. Przypominali mi krople deszczu ciągnące się w dół po szybie niczym plazma. Byli jednakowi, ułożeni jak od linijki, nudni i prostolinijni. Ja potrzebowałam kogoś kreatywnego, wyjątkowego, kto odstawałby od tłumu. Szybko okazało się, że opięta pnączem ściana, miejsce naszych spotkań, kryła w sobie kilka małych tajemnic. Odkryłam pod cherlawymi gałązkami niewielkie okienko, niezbyt duże, ale wystarczające, by pomieścić moją skuloną osóbkę. Szczęście, że jestem szczupła. Nie pokazałam jej nawet Markowi i jego świcie. Nie jeden raz zwinięta w kłębek obserwowałam ich spomiędzy liści nieświadomych mojej obecności. Jesień i postępujący czas zrobiły jednak swoje. Liście opadły, a ja nie miałam już gdzie się ukryć, nie zrezygnowałam jednak ze swojego ulubionego miejsca. Zapatrzona w ceglaną ściankę delektowałam się smakiem dymu i nasłuchiwałam rozmów chłopaków. Rzadko miałam coś do powiedzenia. Czułam, że to ich do mnie przyciąga. Pojawiałam się obok, pakowałam w ciasną dziurę, paliłam z nimi, a po lekcjach ulatniałam się niczym mgła. Czułam, że przez swoje milczenie staję się w tej grupie kimś ważnym. Pewnego dnia Mateusz zaproponował mi, bym wpadła do ich wspólnej kryjówki na uboczu miasta, spotykali się tam co sobotę. Stwierdziłam, że przemyślę sprawę. Wiedziałam, ze tym samym już na stałe zaistnieję w tej paczce. Radowało mnie to po trosze. Może to szansa na trwałą przyjaźń?
 |
|
Komentarzy:
2
|
|
2008-06-09
Znów...
|
Za oknem wciąż uśmiecha się słońce, a do mego życia już powrócił szum rozkrzyczanych korytarzy. Nie myślałam o niczym, pragnęłam skupić się na nauce, ale na razie i tak nie było na czym. Czytanie regulaminów, zapoznawanie się z nauczycielami… Tych wszystkich formalności nie było końca. Pewnego dusznego dnia wyszłam na szkolne podwórko podczas pauzy. Parę dziewcząt siedziało na ławce, ktoś w samotności podpierał szkolny płot, grupka chłopaków z drugiej klasy paliła w koncie papierosy. Miejsce było dość przytulne. Szkoła stała na miejscu ruin, których dotąd do końca nie wyburzono. Na dość sporym kawałku trawnika porośniętego chaotycznie drzewami znajdowała się półokrągła ściana (być może pozostałość po jakiejś wieżyczce) w całości pokryta bluszczem. To właśnie tam znajdowała się palarnia. Podeszłam do długowłosych wyrostków, nie bardzo wiedząc co powiedzieć, pragnęłam jedynie zbliżyć się do tego magicznego miejsca. -Chcesz? –zapytał jeden z nich wyciągając w moją stronę prostokątną paczuszkę. Był wyższy niż inni, szczupły, ale i nie najgorzej zbudowany, kasztanowe loki spętał czarną gumka tuż nad szyją. Nigdy wcześniej nie próbowałam palić, ale często robiono to w mojej obecności i dym papierosowy przestał mi przeszkadzać. Postanowiłam spróbować. Wyciągnęłam z kartonika jedną fajkę, drugi z towarzyszy będący mojego wzrostu podsunął mi zapalniczkę. Było to dziwne uczucie, coś zadrapało mnie w gardle, ale nie przejęłam się tym, zaciągnęłam się lekko i wypuściłam powoli dym. Odkryłam, że może to być nawet przyjemne. -Marek –powiedział szatyn, wyciągając do mnie rękę. –Amelia.- ten, który był mojego wzrostu okazał się Pawłem, a lekko brodaty blondyn Mateuszem. Odtąd nie byłam już skazana na samotność i rutynę. Tym dziwnym wybrykiem zyskałam nowych znajomych, mimo że jeszcze kilka dni temu postanowiłam się przed tym bronić…
 |
|
Komentarzy:
9
|
|
2008-06-06
Wrzesień...
|
Wakacje minęły, a ja wciąż miałam nadzieję, że czas zaleczy rany… Brzeg rzeki stał się dla mnie ucieczką, Znów byłam sama i niezależna, a jednak wciąż mi czegoś brakowało. Czułam się jak dziecko, któremu coś odebrano. Pełna pustki nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Nie cieszyła mnie już tak mocno piękna pogoda i iskierki słońca taplające się w rzecznym nurcie. Mój mały przyjaciel nie machał już tak radośnie ogonkiem. Życie przybrało blade kolory tęsknoty. Patryk wiele pisał, ale nie otworzyłam ani jednego listu. Codziennie przeglądałam pocztę dostrzegając kolejny mail… W końcu przestał. Nowa szkoła, nowi ludzie… Rozpoczęcie roku bardzo mi się dłużyło. Czułam się jak odbiornik z wyłączonym dźwiękiem pośród rozbieganego tłumu. Wszystko działo się jakby poza mną. Było mi obojętne, czy ktoś do mnie podejdzie, zagada. Szczerze mówiąc nie miałam na to ochoty, już dawno nauczyłam się żyć bez cudzej życzliwości. Z daleka dostrzegłam Marcina. Odwróciłam się szybko, chyba dla żadnego z nas nie byłoby to miłe spotkanie. Pewnie triumfowałby wiedząc, jak zakończyła się moja znajomość z Patrykiem. Dopiero teraz widziałam klarownie całą sytuację, walczyli o mnie. Wygrał Patryk, ale cóż z tego? Jedyne, co mi z tego pozostało, to rozczarowanie i ból… Obaj coś mi odebrali nie dając za wiele w zamian, miałam jednak w pamięci próbę przeprosin Marcina. Z jednej strony chciałam mu wybaczyć, ale moja natura buntowała się przeciw niemu. Dużo łatwiej jest się odciąć od wspomnień, niż z nimi walczyć, a mi brakowało sił na walkę.

|
|
Komentarzy:
2
|
|
2008-06-05
Rozczarowanie...
|
Wieczór… Tylko mała lampka rozgarnia delikatnie panujący w pokoju mrok. Nie sądziłam, że kiedykolwiek mogę zawieść się na Patryku. Dlaczego mi nie powiedział, na co liczył? Wydawało mi się, że jesteśmy przyjaciółmi, a może nawet kimś więcej dla siebie. Przecież bym zrozumiała, a teraz? W sercu coraz bardziej rozkwita rozczarowanie. Jeden jedyny raz zaufałam, a teraz tak boli. Przez niedługą chwilę sądziłam, że jest ktoś, na kogo mogę liczyć, ktoś szczery i wart zaangażowania, ale pomyliłam się. Przecież musiał to planować od dawna, długo przed tym, kiedy się do siebie zbliżyliśmy. Czy te wszystkie spojrzenia, uśmiechy i podchody były tylko po to, by za chwilę pomachać z daleka ręką i ulotnić się z mojego życia? Nie sądziłam, że odebrane nadzieje tak mocno ranią… A może zdawałam sobie z tego sprawę i dlatego tak długo się przed tym broniłam? Co mam zrobić? Wybaczyć i na te ostatnich kilka dni oszukać własny umysł i serce? Nie! Wiedziałam, że będzie czekał, że będzie liczył na to, bym przyszła, ale już mnie więcej nie zobaczy. Słowo „my” już wyrzuciłam z mojego słownika, to i tak dostatecznie boli. Po co się męczyć? By potem jeszcze mocniej tęsknić? Włączyłam komputer. To był najkrótszy mail w moim życiu –Żegnaj…-Mam nadzieję, że w tej całej Szkocji będzie mu dużo lepiej.

|
|
Komentarzy:
4
|
|
2008-06-04
Zaskoczenie...
|
Ciepły, letni dzień… Szkoła dobiegła końca, papiery złożone, pozostało jedynie oczekiwanie na wyniki rekrutacji. Bez tęsknoty i żalu opuściłam gimnazjalne mury. Ciocia chciała mnie wysłać na jakiś obóz, ale zaprotestowałam. Patryk gdzieś wyjechał z rodzicami, a Marcin nigdy więcej się do mnie nie odezwał. Patryk pisze często, mówi, że wróci dopiero pod koniec wakacji. Opowiada o wypadach do kina, czy baru, o przygodach na plaży, o nowych znajomych, których poznał… Mając mu odpisać często zawieszam rękę nad klawiaturą. O czym mam tam skrobać? O nowych dokonaniach Wyciorka? O tym, że chodzę całymi dniami wzdłuż rzeki obserwując jego wyczyny? Że niebo jest piękne? Że ułożyłam w wazonie kilka słoneczników? Że tęsknię? Nie, tego mu nie powiem… Dostałam się do szkoły w pobliskim mieście. Wiele rzeczy się zmieni, nowe otoczenie, ludzie… Dawniej czułam, że to mnie nie dotyczy, lecz dziś absorbował mnie dziwny niepokój. Próbowałam odszukać na liście przyjętych Patryka, ale nie mogłam dostrzec jego nazwiska. Wiedząc, że jest dobrym uczniem byłam zaskoczona tym odkryciem. Wróciwszy do domu momentalnie zasiadłam do komputera.
 |
|
Komentarzy:
4
|
|
2008-05-21
|
| Chwilowo nie będę pisać nowych notek, a ni wystawiać komentarzy z powodu awarii komputera... Przepraszam. Mam nadzieję, że szybko zwrócą mi to pudło:( |
|
Komentarzy:
7
|
|
2008-05-14
Spacer...
|
Dzień był ciepły, ale nie upalny. Koniec maja okazał się łaskawym czasem dla mojej zimnokrwistej osoby. Wychodząc ze szkoły dostrzegłam sylwetkę Patryka, czekał na mnie. Powiedział, że ma dużo czasu i zaproponował, że odprowadzi mnie do domu. W odpowiedzi wzruszyłam ramionami. Było mi wszystko jedno, kiedy opadła złość na Marcina, w sercu pozostała jedynie dokuczliwa beznamiętność. Szliśmy spory czas w milczeniu, gdy nagle Patryk drgnął jakby sobie coś przypomniał. -Ponieść Ci plecak? Rozbawił mnie tym pytaniem, na jego twarzy również pojawił się zawstydzony uśmiech, który zdradzał, że zdał sobie sprawę z komizmu sytuacji. Podałam mu swoją torbę i ruszyliśmy dalej. Nie rozmawialiśmy wiele, głównie gestykowaliśmy i śmialiśmy się. Nawet nie zauważyłam, kiedy ręka Patryka objęła moje ramiona, zupełnie zapomniałam o incydencie z Marcinem. Będąc już blisko domu spostrzegłam wysiadającą z samochodu ciocię. Przystanęłam i powiedziałam, że to już tylko kilka kroków… Patryk spojrzał przez moje ramię i chyba zrozumiał. Przytulił mnie delikatnie na pożegnanie i odszedł. Odwróciłam się na pięcie, ale nie mogłam powstrzymać się przed ponownym spojrzeniem na niego. Okazało się, że zrobił to samo, uśmiechnął się, a ja znów poczułam to dziwne ciepło na twarzy. Nie wiem dlaczego, ale byłam wówczas bardzo szczęśliwa…
 |
|
Komentarzy:
14
|
|
2008-05-14
Rozmowa...
|
Minął weekend i trzeba było iść do szkoły. Wolnymi kroczkami zbliżał się koniec roku. Nie było mi żal opuszczać tych murów. Za kim, czy za czym mogłam tu tęsknić? Nie czułam się związana z tym miejscem. Te lata przepłynęły mi przez palce. Kończył się kolejny etap mojego życia, a ja wciąż stałam w miejscu. Bałam się opuszczać świat dzieciństwa i bezpiecznej samotności. To, co zrobił Marcin zachwiało moim umysłem i zawsze opanowanymi emocjami. Obudził coś od dawna uśpionego, a ja nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Okradł mnie z chwili, która, choć sobie jej nie wyobrażałam, miała wyglądać inaczej…
Nie miałam pojęcia co mam myśleć i czuć, chciałam uciec, choć wiedziałam, że nie ma drogi, która by mi to umożliwiła. Wiedziałam, że dziś będę musiała spojrzeć w oczy Marcinowi. Czy będzie miał mi coś do powiedzenia, a jak ja mam się zachować? Pytania rozpychały mój mózg niemal do bólu. Prosta czynność, jak zarzucenie plecaka na barki i ruszenie spacerowym krokiem do szkoły okazała się trudniejsza, niż połkniecie w całości metalowego wiadra.
Przez cały dzień starałam się unikać jego obecności. Podczas jednej z przerw zatrzymał mnie w końcu tuż przed wejściem do łazienki i zaciągnął w kąt korytarza. Nie mogłam spojrzeć mu w oczy, a on stał jak głupi i milczał. Nie wytrzymałam. Nagle poczułam jak wzbiera we mnie ogromna nieuzasadniona złość. Podniosłam głowę w górę, spojrzałam prosto w te tępe brązowe ślepia i niemal krzyknęłam –Dlaczego to zrobiłeś, dlaczego?! Miałam ochotę go uderzyć, ale zdzieliłam tylko w niczym nie zawinioną ścianę. Marcin stał przez chwile jak wryty, zaskoczony moim wybuchem. -Nie mogłem się powstrzymać… -wydukał –chyba Cię lubię… Nie wiedziałam, co robić, trącając go przypadkowo ramieniem uciekłam pod klasę.
|
|
Komentarzy:
2
|
|
2008-05-13
Pocałunek...
|
Zbliżał się dzień premiery. Marcin zapytał, kogo zapraszam na przedstawienie. Nieco się zmieszałam, choć minęło sporo czasu, nadal nie powiedziałam cioci, gdzie znikam w piątkowe wieczory. Jakoś wykręciłam się od odpowiedzi, po czym po raz setny przeczytałam niepokojący dopisek o pocałunku… Podczas jednej sceny kochankowie, czyli ja i siedzący przede mną w obecnej chwili brunet mieliśmy się pocałować. Marcin obiecał, że będzie to muśnięcie w policzek, ale naszemu reżyserowi to się nie podobało. Jeden jedyny raz w moim sercu powstał bunt przeciw jego nadgorliwości…
Po południu położyłam na komódce cioci mały arkusik zaproszenia. Nie czekałam na jej powrót z pracy. Czułam lekki niepokój… Nie miałam pojęcia jak zareaguje.
Bardzo się denerwowałam, co kilka sekund sprawdzałam zza kulis, czy ciocia się pojawiła, ale nie mogłam jej dostrzec. Dziwnie czułam się w błękitnej sukni, nigdy nie ubierałam się w takie kolory. Wszystko poszłoby doskonale, gdyby nie to, że Marcin nie dotrzymał słowa. Odgarnął moje włosy, położył mi dłoń na policzku, po czym poczułam na swych ustach jego ciepłe wargi. Zaskoczył mnie, patrzyłam na niego, a on miał w oczach taki dziwny wyraz, jakby sam nie mógł uwierzyć, że to zrobił, na kilka sekund zapomniałam, że znajduję się na scenie.
Po spektaklu dostaliśmy gromkie brawa, a „Pan Nadgorliwy” nie szczędził nam pochwał. Uciekłam szybko od tego zgiełku, przebrałam się i ruszyłam do domu. Nie chciałam zostawać na poczęstunku. Mijając drzwi garderoby chłopaków usłyszałam podniesione głosy Patryka i Marcina. Nie obchodziło mnie o co im poszło. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego to zrobił. W mojej głowie panował szum, a w sercu totalny bałagan. To całe wydarzenie, nieobecność cioci przerastały mnie… Chciałam jedynie znów zamknąć się w swojej samotni, za towarzysza mając jedynie Wyciora. Po raz pierwszy od śmierci rodziców moje oczy nabiegły łzami, nie miałam sił, by je powstrzymać…
 |
|
Komentarzy:
2
|
|
2008-05-13
Rumieniec...
|
Pewnego dnia po zajęciach teatralnych Patryk zaproponował wspólny wypad na piwo. Oświadczyłam, ze nie piję alkoholu, wówczas wtrącił się Marcin, stwierdzając, że zapraszają mnie obaj na soczek do baru. Byłam zaskoczona własną decyzją, bo nawet przez myśl mi nie przeszło, by odmówić.
Zamówiłam swój ulubiony sok bananowy, Patryk zaproponował, bym zaeksperymentowała i poprosił kelnerkę, by dolała mi do niego odrobinę porzeczkowego. Napoje nie zmieszały się, co dało dość ciekawy efekt smakowy. -Ślicznie wyglądasz, kiedy się uśmiechasz… Nawet nie zauważyłam, że to nowe odkrycie przyciągnęło na moje usta delikatny uśmiech. Byłam zaskoczona słowami Patryka, a jego natarczywy wypełniony odrobiną tkliwości wzrok nieco zbił mnie z tropu. Nie wiem, czy potrafię się rumienić, ale teraz czułam, że moja twarz robi się niepokojąco ciepła. Marcin także miał zdziwiona minę, ale szybko powrócił do normalności.
Reszta wieczoru upłynęła w wesołej, nieco szalonej atmosferze, do domu wróciłam dość późno. Ciocia czekała na mnie w kuchni, kiedy zorientowała się, że już jestem poszła się spokojnie położyć. Nie zadawała żadnych pytań. Po raz pierwszy od kiedy tu mieszkam poczułam w sercu dziwne ukłucie. Może nawet pragnęłam wyrzutów cioci, czegokolwiek, nawet ostrego słowa, czy kary… Dopiero teraz uświadomiłam sobie jak bardzo jesteśmy od siebie oddalone . |
|
Komentarzy:
5
|
|
2008-05-12
Przyjaciel...
|
Ciocia wróciła bardzo późno, nie doczekałam jej przyjazdu. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy schodząc na śniadanie zobaczyłam stojący w koncie kuchni wiklinowy koszyk, w którym coś się poruszało. Po otwarciu wieczka dostrzegłam małe owłosione stworzenie przypominające potarganą końcówkę od mopa, z tym, że ta końcówka miała czerwoną kokardkę i parę figlarnych oczek. Okazało się, że ciocia chciała zrobić mi mały prezent. Odtąd mój pokój na poddaszu stał się ciaśniejszy o jednego szczotko podobnego lokatora.
Już następnego ranka przekonałam się, że mogę sobie oszczędzić cowieczornego nastawiania budzika. Punkt 6.00 mój nowy przyjaciel wskoczył mi do łóżka, rozgrzebując swoimi drobnymi łapkami całą pościel. Po krótkim spacerku chwyciłam za plecak i ruszyłam do szkoły. Lekcje mijały mi beznamiętnie jak co dzień. Marcin chyba z tysiąc razy przypominał mi o wizycie u niego, jakbym była stuwiekową staruszką z postępującą sklerozą, za to Patryk cały dzień chodził nadąsany. Chyba pokłócili się z Marcinem, bo ten również wyglądał, jakby się na niego boczył. Po wyjściu ze szkoły zaczęłam zastanawiać się nad imieniem dla mojego maleństwa… Po głowie chodziło mi tylko jedno słowo –Wycior. Wydało mi się zabawne, więc właśnie tak zawołałam jazgoczącego pupila, przestąpiwszy próg domu. Stoczył się po schodach, jak kłębek wełny prosto w moje ramiona. Było w nim tyle energii. Choć miałam go od kilku godzin, bardzo polubiłam swojego Wyciorka.
Wizyta u Marcina okazała się dość ciekawa. Jego mama poczęstowała nas drożdżowym ciastem, a ojciec często zaglądał do pokoju z zapytaniem, czy czegoś nie potrzebujemy. Ma bardzo miłych rodziców… Nie pamiętałam już zapachu i smaku domowego ciasta. Ciocia nigdy nie piekła. Uważała to za stratę czasu. Pamiętam jak wraz z mamą spędzałyśmy w kuchni całe soboty. Czerpałam wiele radości ze wspólnego ucierania masy, czy siekania migdałów. Te proste czynności sprawiły, że tym bardziej za nią tęsknię… Spędziłam u Marcina kilka godzin podczas których razem ćwiczyliśmy role wielokrotnie dublując kolejne sceny. Jego ojciec zapytał, czy mnie odwieść, ale ja odmówiłam twierdząc, że to niedaleko. Prawda nie miała znaczenia. To byli bardzo mili ludzie, ja jednak wciąż wolałam samotność.
 |
|
Komentarzy:
4
|
|
"Nie wiem czy życie jest silniejsze od śmierci,ale miłość była silniejsza od obu" - "Tristan i Izolda"
Amelia to obecnie 18 letnia dziewczyna, która kilka lat temu straciwszy rodziców zamieszkała z ciotką. Kobiety nie potrafią. znaleźć wspólnego języka, coraz bardziej oddalając się od siebie, a Amelia zaczyna zmieniać się w odludka. Etapem przełomowym w jej życiu okazują się zajęcia teatralne, na które uczęszcza wraz z dwoma kolegami ze szkoły -Marcinem i Patrykiem. Życie Amelii zaczyna się zmieniać, coraz mocniej dostrzega jak bardzo samotność jej dokucza. Zaczyna prowadzić zupełnie nowe życie w tajemnicy przed ciocią... Tan blog to wspomnienia dziewczyny, wciąż liczącej na szczęście. Analizując swoją przeszłość pragnie dać sobie ponowną szansę... Nie jestem Amelią i w rzeczywistości jestem o rok starsza od bohaterki tego bloga. Jej postać zrodziła się w mojej głowie kilka lat temu, kiedy siedząc w szkolnej ławce miałam przed sobą czyste karty papieru i mały promyczek słońca igrający pośród niebieskawych kratek. Jestem bardzo wdzięczna za komentarze, czytając je poczułam, że muszę napisać ten tekst. Może jestem anonimowa, ale to nie zwalnia mnie z przyzwoitości (autorzy komentarzy pod pierwszą notką i ci, którzy je przeczytali zrozumieją...) Tak naprawdę nie mam na imię Amelia, moi rodzice żyją, choć wiem, co znaczy stracić bliską osobę... Co do zrzędliwej ciotki nie mogę zaprzeczyć, bym takiej nie posiadała, ale któż nie ma w swych rodzinnych szeregach takiej osoby? Amelia to nie ja...
Pozdrawiam i dziękuję wam wszystkim za zainteresowanie!
 Księga gości
|